banner

Powrót do życia

REPORTAŻ Lekarze mówili jej więcej optymizmu!

Powrót do życia


Żona otworzyła nie tę butelkę co trzeba śmieje się Krzysztof. Przez tę pomyłkę postanowiliśmy wziąć ślub...
A było to tak. On - marynarz przywiózł kiedyś z rejsu butelkę markowego, argentyńskiego wina. Takie wino powinno się trzymać na specjalne okazje. No i tak sobie przeleżało kilka lat, bo okazje, które zdarzały się, nie byty nigdy dość specjalne.
Aż któregoś dnia Krzysztof wraca do domu, a tu na stole pieczeń i otwarta butelka wina.
Jakaż to okazja? spytał, widząc owo argentyńskie. Zdziwiona Elżbieta nie zauważyła, że postawiła na stół butelkę wina na specjalną okazję.
No to, żeby nie zmarnować trunku wspomina Krzysztof ustaliliśmy właśnie tego wieczoru datę ślubu, o którym rozmawialiśmy co prawda wcześniej, ale jakoś nigdy nie mieliśmy głowy, by zdecydować się na konkretny termin. Weselisko było huczne. Pod gołym niebem. Goście w dresach, noclegi w namiotach, baran pieczony nad ogniskiem, piwo z kega i domowe kiszone ogórki w beczce. Tak minęło siedem lat.
Miłość w drodze Zacznijmy od początku. Poznali się w pociągu. Krzysztof wracał z Cejlonu. Jechał z Warszawy do Słupska, Elżbieta do Koszalina. Spotkali się w Warsie. Musiała to być sprawka Opatrzności, która wciąż wpycha w moje życie swoje dwa paluchy tłumaczy on. Tyle lat byłem sam. Przyjaciele pożenili się, przyjaciółki powychodziły za mąż, tylko ja się ostałem, samiuteńki. Pomyślałem sobie wtedy, że tak już pewnie będzie zawsze. I nawet się z tym pogodziłem. A gdy się już pogodziłem, wtedy pewnie ktoś tam u Góry uznał, że chyba czas na mnie. I podsunął dziewczynę, pewnie po to, żebym się w tej mojej samotności na drobne nie rozmienił. Cierpliwość, widać, została nagrodzona. Zawsze tak jest. Dziś radzę innym. żeby nigdy nie tracili nadziei, że spotkają swoją drugą połowę. Trzeba czekać. Smoleń mówił: Ona ma w sobie coś, a to coś potem na mnie przełazi. A niech przełazi, nie takie rzeczy łażą mi po głowie.
I na mnie przelazło... Dobrze nam było jechać w jednym kierunku.
On wysiadł w Słupsku. Ona w Koszalinie. Jednak dla prawdziwego uczucia odległość nie ma znaczenia. Ona: Jestem osobą, której nie ominęły trudne przeżycia. Dlatego bardzo ostrożnie podchodziłam do tej znajomości. Bałam się, nie chciałam o tym nawet myśleć ani słyszeć. Ale ucieszyłam się, kiedy zadzwonił. Jego obecność była jak promyk nadziei. Zgodziła się na spotkanie. Od tamtego dnia minęło 11 lat.

Trzeba się zestarzeć
Zanim zdrowotne kłopoty Elżbiety zaczęły się na dobre, pewne dolegliwości dawały znać o sobie już w szkole średniej. Wszystkiemu winne było wcześniactwo, szybki wzrost w okresie dojrzewania (jednego lata urosła 15 cm) i nadwrażliwy układ nerwowy.
Te problemy męczą mnie właściwie od urodzenia tłumaczy Elżbieta.
Jestem wcześniakiem, urodziłam się w siódmym miesiącu. Organizm nie rozwijał się prawidłowo. Jak sięgam pamięcią, zawsze miałam kłopoty z żołądkiem i jelitami. Czułam się źle. dokuczało mi kołatanie serca, duszności. ciągłe bóle głowy, miałam kłopoty z koncentracją, zaniki pamięci. Czasami miałam uczucie, jakby mnie odłączano od źródła zasilania. Odwiedziłam prawie wszystkie szpitalne oddziały. Wszędzie robiono badania, które nic nie wykazywały. Leczono mnie na oślep. W 1990 roku urodziłam dziecko, które zmarło następnego dnia. To był wstrząs. Przez długi czas nie mogłam dojść do siebie. Coraz częstsze wizyty u lekarzy, w szpitalach. na pogotowiu.
A lekarze tylko patrzyli na mnie i mówili: więcej optymizmu! wspomina.
Jakbym była optymistką, nie siedziałabym w szpitalu o drugiej w nocy odpowiadałam.
Nie pomagało ani leczenie farmakologiczne, ani wyjazdy do sanatorium. Któregoś dnia w październiku 2000 roku Elżbieta położyła się wieczorem spać, ale rano już nie mogła wstać o własnych siłach. Seria
zastrzyków. Bez efektów. Wizyta na oddziale neurochirurgii i diagnoza prawie jak wyrok. Dyskopatia odcinka szyjnego kręgosłupa na poziomie C5, C6, C7. Stwierdzono konieczność przeprowadzenia operacji, szanse jej powodzenia określono na 50 procent. Pozostałe 50 to wizja wózka inwalidzkiego i paraliż ciała od szyi w dół.
I znów chyba Opatrzność czuwała nad nami, bo okazało się, że zepsuł się aparat do rezonansu magnetycznego. Nie można było zrobić zdjęcia szyjnego odcinka kręgosłupa koniecznego do operacji mówi Krzysztof. Miał być czynny dopiero za trzy tygodnie, więc za pozwoleniem lekarza prowadzącego zabrałem żonę do domu, by na święta Bożego Narodzenia mogła być z rodziną. Termin operacji wyznaczono na początek stycznia 2001 roku. Widmo operacji i towarzyszącego jej zagrożenia nie wpływało dobrze na psychikę Elżbiety. Dni poprzedzające zabieg wydawały się czekaniem na egzekucję. 50 procent szans na powodzenie to bardzo mało. Jednak Opatrzność i tym razem ich nie opuściła. Następnego dnia po powrocie Elżbiety do domu przyszła do nich znajoma. Dowiedziawszy się o kłopotach zdrowotnych Eli powiedziała, że niedaleko Koszalina przyjmuje lekarz, spondyliatra, zajmujący się sprawami kręgosłupa i chorobami od kręgosłup owymi.
Wydawać by się mogło, że informacja jak wicie innych. Cóż nam jednak szkodziło sprawdzić, skoro wisiało nad nami widmo operacji. Nie można być mędrcem jednej tylko książki mówi Krzysztof.
To było właśnie działanie Opatrzności. Trzy tygodnie rehabilitacji pod okiem fachowca i zagrożenie operacją rozwiało się jak dym. Przy okazji wyszło na jaw, że Elżbieta cierpi na wrodzoną wiotkość wielostawową. Lekarz pocieszy! ją, że wszystko wróci do normy po siedemdziesiątym roku życia, kiedy kręgosłup wskutek zwyrodnień zleje się w monolit.
Cóż wzdycha Elżbieta muszę się zestarzeć... Tylko jak to zrobić?
W szpitalu oprócz badań kręgosłupa przeprowadź ono również badania neurologiczne, które ujawniły rozwijającą się u Elżbiety epilepsję niediagnozowaną wcześniej. Podjęto natychmiastowe leczenie farmakologiczne. z jednoczesnym wskazaniem na wykonanie badań specjalistycznych. Szukając przyczyn epilepsji, w 2002 roku zrobiono badanie USG przepływu krwi w tętnicach szyjnych metodą Dopplera. Badanie wykazało, ze średnica lewej wewnętrznej tętnicy szyjnej jest zmniejszona do 30 procent. a prawa w trochę mniejszym stopniu, co zaburza dopływ krwi do mózgu, a tym samym powoduje jego niedotlenienie. Środki farmakologiczne mogą łagodzić objawy, spowalniać rozwój choroby, lecz nie mogą odwrócić istniejącego stanu rzeczy. Elżbieta rozpoczęła leczenie od ćwiartki tabletki dziennie. W ciągu dwóch lat doszła do pełnych czterech tabletek, a objawy choroby nie tylko nie ustępowały, ale wręcz nasilały się.
Siedziała przy stole, a jakby jej tu nie było tłumaczy Krzysztof. Nieobecna. W innym świecie. Podczas niektórych ataków doświadczała drgawek na całym ciele, a otępienie trwało czasem godzinami. Te ataki się nasilały. Wykańczały ją emocje, każdy stres, każde zmartwienie, do tego jeszcze niekorzystnie działały na nią zmiany pogodowe. O problemach dowiedzieli się znajomi - Elżbieta i Jarosław Bieliccy. To oni zaprosili do Koszalina Antoniego Cieślaka
Alveo pojawiło się w ich domu w maju 2004 roku. Gdy Krzysztof wrócił z rejsu. Elżbieta była już po kilku dawkach preparatu. 1 mnie zaczęta tym poić, choć twierdziłem, jak pewnie każdy normalny mężczyzna. że skoro to nie jest na spirytusie, to nie ma sensu żartuje. Ale w końcu dałem się namówić, po wielkich bojach dołączyła do nas córka Dorota, Gdy zaszła w ciążę, nawet zwiększyła dawkę. Dzisiaj profilaktycznie Alveo pije również sześciomiesięczna wnuczka Laura.
W lutym 2005 roku Elżbiecie skończył się czas renty. Musiała przedstawić aktualne wyniki badań. Ponownie wykonano badanie USG tętnic szyjnych metodą Dopplera.
Nowe wyniki lekarz porównał z tymi sprzed dwóch lat mówi Krzysztof. Oniemiał. Tętnice szyjne były w normie, bez przewężeń. Poprawiło się zdecydowanie ukrwienie mózgu.
Wkrótce Ela zmniejszyła dawki leków do dwóch tabletek. Ataki przestały ją męczyć.
Czasem wspominam tamten czas mówi Elżbieta. Kiedy nagle trąciłam świadomość, gdy nic do mnie nie dochodziło. Ten brak koncentracji. Wciąż czułam się tak, jakbym była na rauszu. Szukałam własnego cienia. Nie mogłam nic robić, do niczego się nie nadawałam. Nie miałam siły żyć. Nigdy nie czułam się bezpiecznie, bałam się wychodzić z domu, bo atak mógł dopaść mnie w każdej chwili. To nie było życie. Właściwie umarłam za życia. Tylko leżałam i patrzyłam w sufit. Alveo trafiło do naszego domu dzięki życzliwym ludziom, którzy nie bali się przekazać informacji. Podobnie jak w przypadku niedoszłej operacji kręgosłupa. Teraz odzyskałam życie, odzyskałam swoją świadomość, odzyskałam rodzinę. Zawsze powtarzam, że epilepsja to choroba ludzi wrażliwych - tłumaczy Krzysztof. Wrażliwych na Świat. Nd innych ludzi. Taka jest moja żona.




Ernest Sobieraj
źródło czasopismo "Zdrowie i Sukces"